Polska energetyka wiatrowa ma dziś dwa różne oblicza. Na morzu pierwsze projekty na Bałtyku przechodzą do fazy realizacji, rozwija się zaplecze portowe i łańcuch dostaw, a sam kierunek offshore przestał budzić większe spory. Znacznie trudniejsza sytuacja dotyczy farm lądowych, które mimo ogromnego potencjału nadal grzęzną w procedurach, decyzjach i uzgodnieniach — czyli w tym miejscu, gdzie dobra idea spotyka administracyjny labirynt.
Odległość od zabudowań nie jest już głównym problemem
Przez lata dyskusja o wiatrakach na lądzie krążyła wokół zasady 10H, a potem minimalnej odległości 500 metrów od zabudowań. Branża wskazuje jednak, że obecnie punkt ciężkości przesunął się gdzie indziej. Przy nowoczesnych turbinach decyzje środowiskowe i tak często prowadzą do lokalizacji oddalonych o 600–700 metrów, zależnie od rzeczywistego wpływu inwestycji.
Według przedstawicieli sektora większe znaczenie mają indywidualne oceny środowiskowe, które weryfikują konkretny projekt, jego lokalizację oraz wpływ na ludzi i otoczenie. Sama liczba metrów coraz rzadziej rozstrzyga o tym, czy inwestycja może powstać.
Permitting spowalnia nowe farmy
Największym hamulcem rozwoju lądowej energetyki wiatrowej pozostaje dziś permitting, czyli długotrwały proces uzyskiwania zgód i pozwoleń. Branża zwraca uwagę, że problemem bywa nie tyle treść przepisów, ile sposób ich stosowania przez administrację.
W Polsce przygotowanie inwestycji potrafi trwać siedem, osiem, a czasem nawet dziesięć lat. Dla porównania w Niemczech podobny proces zajmuje około roku. Różnica jest ogromna i trudno udawać, że to tylko techniczny detal. Jeśli onshore pozostaje jedną z najtańszych technologii produkcji energii, to przewlekłość procedur staje się sprawą gospodarczą, a nie wyłącznie branżową.
Wojsko, sieci i magazyny energii
Coraz większe znaczenie mają również ograniczenia związane z obronnością państwa. Strefy radarowe, przestrzeń powietrzna i infrastruktura wojskowa wpływają na lokalizację nowych farm, dlatego branża prowadzi dialog z Ministerstwem Obrony Narodowej.
Do tego dochodzą problemy z dostępem do sieci oraz potrzeba rozwoju magazynów energii. Większa liczba instalacji OZE oznacza ryzyko czasowych wyłączeń produkcji, gdy system nie może odebrać nadwyżek. Magazyny mogłyby ograniczyć ten problem i stabilizować ceny. Stawką jest tani prąd dla przemysłu, konkurencyjność gospodarki i rynek, którego wartość do 2040 r. może sięgnąć 214 mld zł.