Majowe ceny sprzedaży ropy ustalone przez Saudi Aramco pokazują, że napięcie na rynku surowców wchodzi na kolejny poziom. Tym razem nie chodzi już wyłącznie o same notowania Brent czy WTI, lecz o premie doliczane do benchmarków w kontraktach długoterminowych. Dla Europy skok okazał się wyjątkowo dotkliwy, a dla Polski ta decyzja ma znaczenie większe niż dla wielu innych państw regionu. Powód jest prosty — saudyjska ropa odgrywa u nas rolę pierwszoplanową.
Europa płaci najwięcej, a skala podwyżki robi wrażenie
Saudi Aramco zdecydowało się mocno podnieść oficjalne ceny sprzedaży ropy na maj 2026 roku i jednocześnie wyraźnie rozdzielić stawki między regionami świata. Najmocniej oberwała Europa. Jeszcze w kwietniu premie dla tego rynku mieściły się w przedziale około 2–4 dolarów za baryłkę. Teraz wzrosły do około 27 dolarów.
To różnica, której nie da się uznać za techniczną korektę. OSP stanowi przecież punkt odniesienia dla kontraktów długoterminowych, a więc wpływa na realny koszt zakupu surowca. Jeżeli baryłka Brent kosztuje 110 dolarów, europejski odbiorca musi doliczyć do tej kwoty kolejne 27 dolarów. Przy takich liczbach rynek bardzo szybko zaczyna odczuwać ciężar decyzji producenta.
Polska ma powód do niepokoju
Ta zmiana szczególnie mocno wybrzmiewa w polskich warunkach. Z przywołanych danych wynika, że ponad połowa ropy trafiającej do Polski pochodzi właśnie z Arabii Saudyjskiej. Co więcej, według raportu NBP z 2025 roku Polska pozostaje najważniejszym odbiorcą saudyjskiej ropy w całej Unii Europejskiej.
W praktyce oznacza to tyle, że wzrost premii ustalonych przez Aramco uderza bezpośrednio w koszty funkcjonowania krajowego rynku paliw. Tu już nie ma miejsca na wygodne dystansowanie się od problemu. Gdy główny dostawca podnosi ceny w takiej skali, skutki prędzej czy później zaczynają przesuwać się dalej — od rafinerii po stacje paliw. I właśnie dlatego ta decyzja brzmi w Polsce znacznie głośniej niż tylko jako kolejna wiadomość z rynku ropy.
Konflikt na Bliskim Wschodzie zmienia cały układ dostaw
Na ceny ropy od tygodni wpływa sytuacja na Bliskim Wschodzie. Trwający szósty tydzień konflikt i zamknięcie cieśniny Ormuz wymusiły zmianę tras transportu. Arabia Saudyjska przekierowała większość dostaw do portu Yanbu nad Morzem Czerwonym, wykorzystując do tego rurociąg o przepustowości 7 mln baryłek dziennie. Obecny eksport sięga około 5 mln baryłek, czyli mniej więcej 70 proc. poziomu sprzed wojny.
W tle widać też ruch samych notowań. We wtorek ropa WTI kosztowała 114,84 dolara za baryłkę, a Brent 111,32 dolara. Oba gatunki drożały. Rynek surowcowy działa dziś pod presją logistyki, wojny i polityki cenowej jednego z najważniejszych producentów świata. To mieszanka, która nikomu nie daje komfortu — a Polsce, z jej silnym uzależnieniem od saudyjskiego kierunku, daje go jeszcze mniej.