Na pierwszy rzut oka półki w sklepach pozostają spokojne, a codzienne zakupy nie zdradzają jeszcze większego napięcia. Ten spokój ma jednak charakter przejściowy – bo to, co dzieje się na rynkach surowców i w transporcie, zwykle dociera do konsumenta z opóźnieniem, ale rzadko z łagodnym skutkiem.
Energia i transport napędzają wzrost cen
Eksperci nie mają wątpliwości co do kierunku zmian. Wzrost cen energii i paliw szybko przekłada się na koszty transportu i produkcji, a to oznacza wyższe ceny w sklepach. Najbardziej wrażliwe pozostają produkty spożywcze, importowane oraz część artykułów przemysłowych, czyli te segmenty, które w największym stopniu zależą od logistyki.
Już teraz widać pierwsze sygnały tej zależności. W ciągu kilku dni ceny paliw w Polsce wyraźnie wzrosły – benzyna o około 10 proc., a diesel nawet o 17 proc. To ruch wyprzedzający, który pokazuje mechanizm działania rynku: sprzedawcy zabezpieczają się na przyszłość, a koszt tej ostrożności pojawia się natychmiast przy kasie.
Inflacja wraca do gry
Jeszcze niedawno dane sugerowały stabilizację cen – wzrost na poziomie 3,8 proc. rok do roku nie budził większych obaw. Konflikt na Bliskim Wschodzie zmienia jednak układ sił. Już w krótkim terminie inflacja może wzrosnąć o około 0,5 punktu procentowego, a to dopiero początek potencjalnego trendu.
W dłuższej perspektywie znaczenie ma nie tyle sam skok cen, ile jego trwałość. Jeśli wysokie koszty energii utrzymają się przez kolejne miesiące, zacznie działać efekt domina – droższy transport podniesie ceny produktów, a te z kolei wpłyną na kolejne ogniwa gospodarki. To proces rozłożony w czasie, lecz trudny do zatrzymania.
Spokój zamiast paniki
Choć scenariusz wzrostów wydaje się coraz bardziej prawdopodobny, eksperci podkreślają jeden istotny element – reakcję konsumentów. Zakupowa panika może wywołać większe podwyżki niż same koszty surowców, bo gwałtowny popyt potrafi zdestabilizować rynek szybciej niż zmiany cen paliw.
Najbliższe tygodnie prawdopodobnie nie przyniosą jeszcze gwałtownych skoków cen przed świętami. Handel detaliczny działa z opóźnieniem, a sieci nie mają interesu w nagłym podnoszeniu cen. Większe ruchy mogą pojawić się dopiero później – kiedy wzrost kosztów utrwali się w całym łańcuchu dostaw, od producenta po sklepową półkę.